26. Meritum (1/2)


- Co robić, co robić... - mruczała do siebie Anko, wierzchem drobnej dłoni ocierając zroszone zimnym potem czoło Golda. Od kilku minut jego twarz wykrzywiał grymas bólu, a oddech przyspieszył. Jego palce zaciskały się na kołdrze, zaciśnięte powieki drgały bez ustanku i od czasu do czasu głośniejszy jęk wydobywał się z ust chłopaka. Anko była świadoma tego, co się dzieje. Mira ostrzegła ją, kto się zbliża. Jednak ani objawy targające Goldem, ani ostrzeżenie Miry nie było potrzebne, żeby Anko nie pojęła, co wisi w powietrzu. Sama doskonale wyczuwała gęstą atmosferę, jaka wytworzyła się nad Goldem. I nie chodziło tu o jego obecny stan, kiedy trząsł się obolały w łóżku, lecz odkąd niefortunnie znalazł się w wymiarze Unownów. Bardzo chciała dowiedzieć się, jak, kiedy i dlaczego chłopak tam wylądował, ba, nawet ona, jako jedna z niewielu, mogłaby poznać prawdę i to w każdej chwili, choćby teraz. Przynajmniej teoretycznie. Z jakichś powodów poznanie okoliczności tego osobliwego zdarzenia nie było możliwe. Anko zmartwiła się. Coś, czego zawsze była pewna, stało się wątpliwe i niezrozumiałe. Obawiała się, że zanim pojmie, w czym leży sedno problemu i zdoła go rozwiązać, dla tego chłopca będzie już za późno.
Nie chciała jednak pogrążać się w rozpaczy. To byłoby najgorsze możliwe wyjście. Musiała zrobić to, co w tej chwili zdołała, czyli czuwać nad Goldem. Oraz zaufać. Zaufać takim osobom jak Mira, mających wiedzę i doświadczenie w sprawach, o których ona nie miała pojęcia. Od samego początku wiedziała, że sama nie rozwiąże swojego problemu. Dlatego musiała wyciągnąć pomocną dłoń i zaufać. I zrobiła to bez cienia wahania. Albowiem tu chodziło nie tylko o nią. Poza tym, Anko wiedziała, kto jest godny zaufania.
Szkoda tylko, że inni tego nie wiedzą, pomyślała i posmutniawszy, zwiesiła głowę.
- Ojej, a cóż to za smutna mina?
Anko wzdrygnęła się, słysząc dźwięczny głos. Mimowolnie odwróciła głowę, lecz w tym momencie ktoś oplótł ją ramionami i przytulił.
- Alula...? - wydusiła Anko, wydostawszy twarz z rękawów błękitnego kimona.
Spojrzała w górę i ujrzała parę różowych oczu, patrzących na nią z tą samą czułością i ciepłem, jaką zwykły obdarzać świat dookoła.
- A któżby inny? - Na okrągłej twarzy Aluli zagościł szeroki uśmiech. - Ileż to ja cię nie widziałam, droga Anko! Zdążyłam nawet zmienić uczesanie.
To mówiąc, potrząsnęła lekko głową i jej blond włosy ścięte do linii podbródka zatańczyły i musnęły gładkie policzki Aluli.
Anko zacisnęła drobne piąstki na ubraniu Aluli, wpatrując się w nią z niedowierzaniem. Alula posłała jej pytające spojrzenie, a łagodny uśmiech nie schodził jej z twarzy.
- Coś nie tak, skarbie?
- Dlaczego tak późno?! - krzyknęła Anko, niemal wchodząc Aluli w słowo. Trudno powiedzieć, że była zła. Jej krzyk wynikał raczej ze zniecierpliwienia, albowiem oczekiwała na przybycie Aluli, która z jakiegoś powodu zjawiła się znacznie później niż należało. Czas ich gonił, a ona podjęła temat swojej nowej fryzury. Doprawdy, wybrała fatalny moment na beztroskie pogaduszki.
Alula uśmiechnęła się przepraszająco i pogłaskała Anko po głowie.
- Wybacz, okruszku, ale to nie zależało ode mnie. Wyczuwałam, co się dzieje, ale...
Nie dane jej było dokończyć, gdyż Anko odepchnęła ją od siebie i wskazała paluszkiem Golda.
- Już dobrze, dobrze. Później mi wszystko powiesz, ale teraz, proszę, pomóż temu chłopcu.
- Naturalnie.
Alula skinęła głową i usiadła przy Goldzie. Położyła szczupłą dłoń na jego czole i wnet jej twarz spoważniała.
- On nie ma...
- Racja - przerwała jej znowu Anko. - Ale jego ciało przeżywa katusze. Jeśli czegoś nie zrobisz...
Umilkła, kiedy Alula cofnęła rękę i wstała.
- Jeszcze raz muszę cię prosić o wybaczenie, kochanie. Gdybym tylko wiedziała, że on zrobi coś takiego, zjawiłabym się w mgnieniu oka.
- Co? - spytała skołowana Anko. - Co się stało?
- Wybacz, kwiatuszku, ale muszę iść. Wyjaśnię ci wszystko, jak rozwiążę problem.
Po czym w pośpiechu opuściła pokój, zostawiając Anko samą z cierpiącym ciałem Golda.

Zimno... Zimno... Zimno...
Zimno...?
Gold gwałtownie otworzył oczy. Trząsł się. Dałby głowę, że tuż przed chwilą targnął nim silny mróz, ale teraz czuł to samo, odkąd opuścił swoje ciało, czyli nic. Wahania temperatury ani zjawiska pogodowe go nie wzruszały, ale z pewnością poczuł lodowaty wiatr nim się ocknął. Tak, poczuł go. Na pewno!
Tylko dlaczego go poczuł, skoro do tej pory jego oddzielona od ciała dusza pozostawała obojętna na tego typu zjawiska? I gdzie znajdowało się jego źródło?
Wystarczył mu jeden rzut oka, żeby dowiedzieć się, gdzie jest. Znowu. Znowu to przeklęte miejsce. Miał już po uszy tych czarno - czerwonych drgających ścian. A przede wszystkim jego płaskookich mieszkańców, których akurat nigdzie nie było widać. Nie, żeby Goldowi tęskno było za ich towarzystwem.
Na samo ich wspomnienie czuł się nieswojo, delikatnie mówiąc. Wolał sobie nawet nie wyobrażać ponownego spotkania z nimi. Co by mu zrobiły teraz, w jego obecnym stanie? Czyżby i duszę mogły doprowadzić do tego, że zaczęłaby stopniowo szarzeć i gnić? Z jednej strony wydało mu się to nieprawdopodobne i absurdalne, lecz z drugiej ostatnio w jego życiu miały miejsce właśnie takie sytuacje, dlatego jego niepokój nie był bezpodstawny. Ta nagła wizja jego duszy rozpadającej się na szare, bezkształtne kawałki zaczęła stawać się w jego głowie coraz wyraźniejsza, aż w końcu Gold, nawet nie dostrzegając kiedy, upadł na kolana i złapał się za głowę. Chciał wymazać ten okropny obraz, pomyśleć o czymś innym, czymkolwiek, ale ta jedna, jedyna wizja jego samego znikającego z tego świata rozpychała się w jego umyśle, nie dopuszczając doń niczego innego.
- Kretyn z ciebie - skarcił się. Na wypowiedzenie tego krótkiego zdania wykrzesał z siebie tyle pewności siebie i stanowczości, ile tylko zdołał. Chciał tym samego siebie przekonać, że nie ma co przejmować się czarnymi scenariuszami rojącymi się tylko w jego głowie. Klęcząc, non stop patrzył na siebie i widział wyraźnie, że z jego duszą nic się nie działo. To tylko jego głupi łeb z jakichś przyczyn wmawiał mu, że jest inaczej.
- Och, to nie twój "głupi łeb", Goldzie.
Na dźwięk tego głosu w Goldzie się zagotowało. Posłał wściekłe spojrzenie w stronę chłopaka z parasolką, który stał kilka metrów dalej, doskonale zakamuflowany w czarnej części otoczenia. Jego obecność zdradzała tylko trupioblada twarz, wykrzywiona w chytrym uśmiechu. Gold czuł złość, ale na ten widok nieco spokorniał. W świetle dnia chłopak ukazywał mu się jako zwykły, odpicowany paniczyk z niedoborem testosteronu, ale w takim otoczeniu wzbudzał w Goldzie niespokojne odczucia. Miał wrażenie, że chłopak był dobrze zaznajomiony z tym miejscem. Mało tego, jakby doskonale do niego pasował, jakby to było jego naturalne środowisko.
- Ty...! - wycedził Gold.
- Hm - zamyślił się chłopak, nie zwracając uwagi na przeszywające go mordercze spojrzenie. - Zatem przypuszczasz, że pasuję do tego miejsca. Czyżbym ci przypominał Unowna? Pod jakim względem? Bo jestem poniekąd czarno-biały i płaski? A może to dlatego, że wzbudzam w tobie ten niepokój, nieuchronnie popychący cię ku szaleństwu?
- Co? - rzucił z niedowierzaniem Gold. Stanął na równe nogi; mroczne obrazy z jego głowy zostały zepchnięte na dalszy plan przez narastający w nim gniew. - Najpierw wciągasz mnie z powrotem do tego koszmarnego miejsca, a teraz jeszcze bezczelnie czytasz mi w myślach?! Czym ty jesteś?!
Na to pytanie, jak już wiemy, nasz paniczyk nie spieszył się z odpowiedzią. Za to bardzo chętnie rozwinął inne kwestie poruszone przez Golda.
- Pozwól, że coś ci wyjaśnię, drogi Goldzie. Zacznę od końca. Nie jestem czymś, tylko kimś. Nie zakładaj zatem, że odpowiem na to postawione przez ciebie grubiańskie pytanie. Odnośnie czytania w myślach: wcale nie sprawiło mi to przyjemności. Twój umysł jest tak prostacki i łatwo dostępny dla innych, że twoje myśli wręcz same się na wylały, niczym kubeł pomyj. - Na samo to porównanie chłopak wzdrygnął się z obrzydzeniem. - A usłyszałem je dlatego, że jesteśmy tutaj, w tym "koszmarnym miejscu", jak to ująłeś. Sęk w tym, że mylisz się, mówiąc o "miejscu". Albowiem nie jesteśmy w wymiarze Unownów, jak ci się zapewne wydaje. Także warto wspomnieć, że ja nigdy cię nie sprowadziłem do wymiaru Unownów, albowiem nie posiadam takiej mocy.
- Więc gdzie ja w końcu jestem? - wtrącił Gold ze zniecierpliwieniem. Miał już dość tej przydługiej wypowiedzi pozbawionej jasnych, konkretnych informacji.
Z kolei na to pytanie chłopak jakby czekał od samego początku. Jego uśmiech urósł jeszcze bardziej, a w oczach zamigotały iskierki podekscytowania.
- Jednakże - mówił powoli, jakby pytanie Golda wcale nie padło. Rozkoszując się tą chwilą, sprawnie i nonszalancko zakręcił złożoną parasolką i pełnym gracji krokiem ruszył niespiesznie przed siebie. - Trafiłeś w sedno, kiedy powiedziałeś "koszmarny".
Gold instynktownie próbował cofnąć się przed zbliżającym się chłopakiem, ale jego duma nakazała mu stać w miejscu.
- Chcesz powiedzieć, że jestem uwięziony w koszmarze?
- Tak! Bingo! - Chłopak klasnął w dłonie, wypuszczając parasolkę, która z głuchym odgłosem upadła na ziemię. Przystanął, lecz nie po to, by ją podnieść, tylko żeby w zamyśleniu ogarnąć wzrokiem sklepienie ciemnego otoczenia. - Jednakże... zaszło coś nietypowego.
Golda zaskoczyła nagła zmiana swojego rozmówcy. Zniknął arogancki uśmiech, a alabastrowe czoło przecięła zmarszczka. Skrzyżował ręce, wyraźnie czymś zafrasowany. W takiej sytuacji sam Gold stracił ochotę na szczeniackie pyskówki i postanowił go wysłuchać.
Zaraz jednak się zniechęcił, kiedy chłopak znowu spojrzał na niego spod przymrużonych powiek i z nieznacznym uśmiechem na ustach.
- Jesteś niezwykły. Uświadamiasz to sobie, Goldzie? Oczywiście nie mam tu na myśli twojej bogatej osobowości czy ponadprzeciętnego intelektu - tego Natura ci poskąpiła. Mówię o twojej bezcielesnej egzystencji. Nie umarłeś, a jednak twoja dusza opuściła ciało i nie może do niego powrócić. Na domiar złego, utraciłeś swoje wspomnienia. Jednakże...
Widząc, że Gold, zamierza mu przerwać, prawdopodobnie pytaniem, skąd to wszystko wie, powtórzył głośniej i z większą stanowczością:
- Jednakże! - Teatralnie wyciągnął przed siebie palec, wskazując na Golda. - Mimo to udało cię zasnąć i pogrążyć w koszmarze. Twoim największym koszmarze. Pomimo utraty wspomnień świadomość twojego strachu nadal cię przepełnia i znalazł on swoje ujście w tym śnie.
Rozłożył ręce i westchnął ciężko.
- Oczywiście nie w tym. Twój koszmar został przerwany w chwili, gdy ocknąłęś się tutaj. A mówiąc "tutaj", mam na myśli inny koszmar. Ech, byłem tutaj już tyle razy, że mi się znudziło. Chociaż z drugiej strony... Teraz jesteś tutaj prawdziwy ty, więc może być zabawniej.
Otworzył prawą dłoń i wtedy leżącą nieopodal parasolkę otoczył czarny dym. Parasolka uniosła się i ułożyła w szczupłej dłoni.
- Dziękuję, Mefiście. A teraz czyń to, co jest ci pisane.
Czarny dym błyskawicznie pomknął w górę i uformował się w znajome kształty, tak dobrze Goldowi znane. Akurat je z wielką chęcią by zapomniał, gdyby go tylko non stop nie nawiedzały.
Gold uświadamiał sobie, że lewitujące nad nim Unowny są tylko wytworem koszmaru, lecz mimo to sam widok tych wielkich oczu przypomniał mu o źródle kłopotów, jakie na niego spadły. Instynkt samozachowawczy kazał mu się podnieść i uciekać. Wtedy Gold spostrzegł, że wcześniejsza ciężkość ustąpiła i znowu mógł swobodnie się poruszać. Wstał z trudem, ale nie ruszył się z miejsca.
- Hm? - Chłopak nie tego się spodziewał. Liczył na to, że Gold na widok Unownów zacznie uciekać, gdzie pieprz rośnie. Tymczasem on w ogóle na nie nie patrzył, tylko wbił spojrzenie w parę czerwonych oczu znajdujących się przed nim.
- To jemu... to tamtemu dzieciakowi śni się ten koszmar, co nie?
- A jednak słuchałeś uważnie, co do ciebie mówiłem. Schlebiasz mi ogromnie. - Chłopak ze wzruszenia przyłożył ręce do piersi, na co Gold skrzywił się z niesmakiem, albowiem jaki facet obnosi się z takimi gestami. - Ale o samym "dzieciaku", jak to ująłeś, nie napomknąłem zbyt wiele.
- Ale z pewnością wiesz, kim on jest - wszedł mu w słowo Gold.
- Naturalnie. Lubię zdobywać informacje o swoich ofiarach, żeby potem je wykorzystywać przeciwko nim - odrzekł chłopak ze słodkim uśmieszkiem. - Ale o czym to ja...? Ach, tak. Jedna z moich obecnych ofiar ma na imię Bugsy. Pomimo swojego młodego wieku może się już poszczycić tytułem lidera sali, a jego specjalizacją są... Pokemony owady.
Ostatnie słowo wypowiedział z nieukrywaną odrazą. Golda wcale to nie zdziwiło. Paniczyk jego pokroju zapewne dostałby zawału i wylewu jednocześnie, gdyby jakiś robak choćby spojrzał na jego wymuskaną osobę.
- Poza tym, zwą go również archeologiem-amatorem. To jego druga pasja, tuż obok tych... uch... pełzających obrzydliwości. Właśnie ta pasja zaprowadziła go do Ruin Alpha, żeby zbadać Unowny, te niezwykłe Pokemony. Pech chciał, że wybrał się tam w nieodpowiednim czasie, akurat wtedy, kiedy ty tak rozpaczliwie uciekałeś przed istotami, których tajemnice Bugsy pragnął zgłębić. A potem już wiesz, co się działo. Wielki krzyk, wielkie ciach i dużo łez. Ale to nawet wyszło ci na dobre.
- Niby co? - spytał Gold.
Chłopak uniósł dłonie i kilkakrotnie złączył i rozłączył palce wskazujące i środkowe.
- Gdyby Bugsy nie kazał swojemu Pokemonowi odciąć ci rąk, droga Mira nie miałaby żadnej bazy do odtworzenia reszty twojego ciała, co by oznaczało, że twoja dusza nie miałaby dokąd powrócić. Utraciłbyś jedyny element, który wiąże cię ze światem żywych. Mówiąc krócej, umarłbyś. I to w niesłychanie obrzydliwy, niegodny sposób. Już nie wspominając o tym, że twoja dusza na wieczność zostałaby związana z miejscem, które odebrało ci życie. Ale ponieważ twoje ciało ma się dobrze, udało ci się opuścić wymiar Unownów.
To wszystko zmieniało. Jeśli to wszystko było prawdą... Gold miał niewyobrażalne szczęście. Szczęście, że stanął temu chłopakowi na drodze. I chociaż Bugsy nie był tego świadom, ocalił Goldowi życie. Przynajmniej w wielkim stopniu się do tego przyczynił, bo Mira zajęła się całą resztą. Jej też musiał podziękować. I przeprosić za nieudany podryw.
- Więc to tak... - rzekł Gold pod nosem. Poprawił czapkę i z determinacją spojrzał w górę na fałszywe Unowny. Każdy z nich wlepiał w niego swoje wielkie oko, jakby czegoś wyczekiwał. Gold już wiedział, co to takiego.
Popatrzył znowu na paniczyka i po raz pierwszy się w jego obecności uśmiechnął.
- Teraz już wiem, co robić. Dzięki, stary.
Jeszcze klepnąłby chłopaka w ramię, gdyby nie jego duchowa forma oraz że nie było czasu do stracenia. Albowiem jak tylko Gold powiedział, co wiedział, odwrócił się i puścił sprintem w sobie dobrze znanym kierunku, a fałszywe Unowny jak jeden mąż pognały za nim.
A paniczyk odprowadził go wzrokiem, nie mając świadomości, że stoi z otwartymi z niedowierzania ustami.
- ...Stary?

- Hej, ocknij się wreszcie. Jak długo można leżeć twarzą do ziemi, co?
Hanna poczuła czyjś upierdliwy paluch szturchający ją w bok. Przywrócona do świadomości i zirytowana podniosła się, chcąc obrzucić winowajcę wściekłm spojrzeniem oraz paroma ostrymi słowami. Z początku nie skojarzyła po głosie, kto do niej mówi, ale teraz, kiedy napotkała parę znajomych oczu, błyskawicznie dodała doń równie znajomy głos. W ogóle wszystko w tej osobie było znajome. Aż za bardzo.
- Zawsze lubiłaś spać, ale żeby nawet we śnie kimać? Rozwijasz się.
Hanna trzepnęła dźgający palec i odczołgała się na pięć metrów.
- Akurat ty o rozwijaniu się to nie masz pojęcia, więc lepiej siedź cicho. Znowu przylazłaś mnie męczyć? I dlaczego ja w ogóle śpię? Byłam sobie w pokoju, gadałam z jakimś paniczykiem i nagle... I dlaczego ten sen jest taki upiornie realny?
I jakby w ramach odwetu wbiła palec w policzek dziewczyny przed nią i zaczęła nim kręcić, jakby chciała wywiercić jej dziurę w skórze.
Dziewczyny zdawało się to w ogóle nie ruszać.
- Mam odpowiedzieć na każde z tych pytań czy...
- Nie! Nic masz nie mówić. Najlepiej się zakorkuj i idź ode mnie jak najdalej. A ja się w tym czasie obudzę.
Po czym chlasnęła się mocno w policzki, aż uszło z niej jękliwe "aaał!". Nie przyniosło to efektu, więc powtórzyła czynność jeszcze parę razy, wzbogacając to wbijaniem paznokci w skórę twarzy i szarpanie się za kosmyki włosów.
- To tylko głupi sen i zaraz się obudzę. No już, chcę się obudzić! Budzę się, budzę się, budzę się!
- Weź przestań się wydurniać. Nie mogę na to patrzeć.
Złapała Hannę za nadgarstki i w tej samej chwili zarobiła silnego kopa w piszczel. Jednak nawet się nie skrzywiła.
- Nie zachowuj się tak. To dziecinne.
- Mam gdzieś twoją opinię! Odwal się!
Drugi kop w to samo miejsce przyniósł lepszy efekt. Hanna uwolniła się i rzuciła do ucieczki. Właściwie nie miała pojęcia, dokąd ucieka i czy w ogóle to udałoby jej się dokądś dobiec, albowiem zewsząd otaczała ją czerń. Ale nie zdziwiło jej to. Nie pierwszy raz prześladował ją ten koszmar i zawsze wyglądał tak samo. Ale tym razem, jak już wcześniej zdążyła zauważyć, był on nieznośnie prawdziwy. Wciąż czuła dotyk dziewczyny na nadgarstkach. Miała ochotę je obetrzeć, umyć, otrzepać, byle pozbyć się tego uczucia. Tak samo jak biegła ślepo przed siebie, byle znaleźć się jak najdalej od niej.
- Głupio wyglądasz, jak biegasz - usłyszała tuż przy swoim uchu.
Zaskoczona odskoczyła i złapała się za ucho, w którym dźwięczały wypowiedziane słowa. Dziewczyna stała tuż obok, jakby się teleportowała. Ręce miała luźno ułożone wzdłuż ciała i patrzyła na Hannę wyczekująco.
- Długo jeszcze zamierzasz uciekać?
- Tak długo, jak starczy mi sił - odparła zdyszana Hanna. Zmarszczyła brwi, teraz walcząc z trzema nieznośnymi uczuciami - dotykiem na nadgarstkach, wibrowaniem w uchu, a co najgorsze, z obecnością dziewczyny stojącej nieznośnie blisko niej.
- Życia ci nie starczy, by przede mną uciec. Naprawdę chcesz poświęcić je całe na uciekanie?
- Nie twoja sprawa! - odszczeknęła się Hanna.
- Właśnie, że moja. Bo nie chcę skończyć jak ofiara losu.
- Pf - prychnęła Hanna z ponurym wyrazem twarzy. - Jak dla mnie możesz sobie skończyć, tu i teraz.
- Skoro tak stawiasz sprawę...
W następnej sekundzie Hanna leżała przygwożdżona do ziemi z dłońmi dziewczyny zaciśniętymi wokół jej szyi. Oczy rozszerzyły jej się ze zdumienia i strachu. Tego nigdy przedtem nie doświadczyła w poprzednich koszmarach. W dodatku ten, będący nader realistycznym, wzbudzał w niej nowe pokłady strachu.
Dziewczyna ściskała na tyle mocno, by powstrzymać Hannę przed ucieczką, ale pozostawiła trochę luzu, albowiem jeszcze nie skończyła z nią rozmawiać.
- Boisz się śmierci? Czy może tego, co jest przed nią? Odpowiedz.
Hanna ponownie prychnęła. Mogła się bać, ale co to za nieludzkie traktowanie? Postanowiła dalej zbywać rozgadaną natrętkę.
- Z takim filozoficznym bełkotem to nie do mnie. Poza tym, nie podoba mi się twoja metoda prowadzenia rozmowy. A podobno to ja nie umiem się zachować przy ludziach.
Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko mocniej zacisnęła palce. Hanna na darmo próbowała się jej pozbyć. Czuła, jak z każdą chwilą opada z sił. Dopiero, kiedy usłyszała to, co usłyszała, coś w niej wezbrało.
- I na cóż on się poświęcił?
Wtedy role się odwróciły i to znacznie. Hanna ze wściekłym warknięciem zrzuciła z siebie dziewczynę i kiedy ta jeszcze leżała skulona i nieco oszołomiona, podeszła do niej szybkim i sztywnym krokiem.
- Nigdy, przenigdy nie waż się o nim wspominać!
W amoku uniosła nogę nad brzuchem dziewczyny i wtedy zamarła. Ktoś trzeci znalazł się za nią i objął w pasie. Hanna wnet odczuła wielkie zmęczenie i ukojenie.
- Już dobrze, Hanno. Widzę, że przybyłam w samą porę.
Ten głos nie powodował nieprzyjemnego wibrowania. Był łagodny i ciepły, zupełnie jak jego właścicielka. Hanna chciała obrócić głowę i spojrzeć na kobietę stojącą za nią, ale była na to zbyt wyczerpana. Zdążyła tylko dostrzec, że leżąca na ziemi dziewczyna ulotniła się wraz z dręczącymi Hannę odczuciami oraz wyrzutami sumienia.

~*~

Tak to wygląda, kiedy chce się skończyć rozdział na upartego. I jest po pierwszej w nocy i nie chce sie robić poprawek, które wypadałoby zrobić, albowiem rozdział był młócony przez blisko dwa miechy.
Zobaczymy, kiedy będzie kolejny. Jest maj, czas egzaminów, referatów i dalszego obijania się. Idę spać i oby mnie nikt nie gonił, chyba że będzie przystojny :3