28. Determinacja

Kuchnia Bugsy'ego była ciasna, ale zadbana i urządzona we współczesnym stylu. Dzięki szerokiemu oknu do środka wpadało dużo światła i tworzyło to przytulną atmosferę. Była również niebywale czysta. I nie chodziło tylko o to, że kuchenki gazowej nie szpeciły plamy oleju, a w zlewie nie poniewierały się brudne naczynia. Kuchnia była niemalże całkowicie wyczyszczona z samego jedzenia. Po skrupulatnym przetrząśnięciu lodówki i wszystkich szafek Hanna znalazła jedynie samotną paczuszkę ryżu, dwie marchewki i prawie pusty, wielki słój majonezu. Ryż mógłby się jeszcze na coś nadać, ale dodatki były beznadziejne, więc dała sobie spokój z przyrządzaniem czegokolwiek.
Westchnęła i zatrzasnęła drzwi lodówki.
- Dobra - powiedziała sfrustrowana. - Mam to gdzieś. Tajemnice i niedomówienia jakoś zniosę, ale nie zamierzam się lampić jak głupia na śpiącego dzieciaka, kiedy mój żołądek woła o pomstę do nieba. W dupie mam, czy Mira się wkurzy. Ja już jestem wkurzona.
Po czym szybkim krokiem wyszła z kuchni ku drzwiom wyjściowym. Następny przystanek: Poke Market. Dosyć bycia dziewuchą na posyłki. Jak Mira czy ta cała Alula, kolejne kuriozum wzięte z dupy, zamierzają się bawić w pomaganie potrzebującym, to proszę bardzo, ale bez niej. Hanna nigdy nie ufała wolontariuszom i sama nie chciała kimś takim zostać. Poza tym, jak miałaby pomagać innym, skoro...
Tok jej myśli urwał się, kiedy mijała sypialnię Bugsy'ego. Kątem oka ujrzała, że chłopak już nie drży, a wyraz jego twarzy jest spokojny. Czyżby jego koszmar się skończył? Hannę zaintrygował ten widok, ale wnet potrząsnęła głową. Nie! Przecież ma to gdzieś. Teraz ważny jest obiad i nic poza nim się w tej chwili nie liczy.
Postąpiła kilka kroków naprzód i stanęła jak wryta, kiedy jej umysł, niczym strzała, przeszyła jednocześnie głupia i logiczna myśl.
A jeśli Bugsy umarł?
Samo istnienie tej myśli wydawało się Hannie niesamowicie idiotyczne, ale z drugiej strony... Nie miała pojęcia, co się może stać z człowiekiem, którego od dłuższego czasu nękają koszmary. Jak długo Bugsy kisił się w tym domu? Parę tygodni, o ile dobrze pamiętała słowa mężczyzny sprawującego pieczę nad salą i Pokemonami Bugsy'ego. Kto wie, czy chłopak nie miał już porządnie zlasowanego mózgu od tak solidnej i permanentnej dawki strasznych obrazów. Może to i lepiej dla niego, jak zazna świętego spokoju...
- Nie, kurna, nie! - powiedziała Hanna głośno, widząc, jak jej tok myślenia zboczył na niewłaśniwe tory. Klnąc pod nosem, weszła szybko do sypialni i ukucnęła przy Bugsym. Krótka chwila wystarczyła, by stwierdzić, że młody lider jeszcze nie pożegnał się z tym światem.
- Dobra - powtórzyła Hanna. - Skoro żyjesz, to nic tu po mnie. Narciarz!
Wyprostowała się w pośpiechu. Stan Bugsy'ego oceniała na dobry i niech nikt nie waży się mówić inaczej - byleby mogła z czystym sumieniem opuścić to miejsce i zająć się sobą. Nie obracając się za siebie, ruszyła ku wyjściu. Mimowolnie wytężyła słuch na wszelkie niepokojące dźwięki mogące ją wnet zatrzymać i zmusić do odwrotu, ale nic takiego się nie wydarzyło.
To już paranoja, skarciła się w myślach.
Albo wyrzuty sumienia, podszepnął inny głos.
Stanęła przed drzwiami wyjściowymi. Ogarnęły ją wątpliwości. Teraz mogła wykonać albo krok w przód, albo w tył. I ten jeden krok zadecyduje o wszystkim. Przeciętny obserwator mógłby to uznać za przesadę, ale Hanna wiedziała, że ten jeden, niby niepozorny krok zapoczątkuje zupełnie nową ścieżkę w jej podróży.
Nie.
Hanna gwałtownie chwyciła klamkę i ścisnęła ze wszystkich sił.
- Nie - warknęła tak cicho, że ledwie sama siebie usłyszała.
Otworzyła drzwi i zamknęła z drugiej strony, po czym sprintem pognała przed siebie. Zaraz jednak stanęła i zrobiła w tył zwrot, bo droga do Poke Marketu wiodła w przeciwnym kierunku.

- "Stary", wyobrażasz to sobie? Stary!
Oskar tak bardzo chciałby być tym typem człowieka, który z czasem przyzwyczaja się nawet do największych upierdliwości tego świata. Ale z jego brakiem cierpliwości i nerwowością to nie mogło się udać. Za każdym razem, kiedy miał styczność z czymś, co go denerwuje, automatycznie pragnąć obrócić to w nicość. I zasadniczo, mając u boku takie Pokemony jak Unowny, mógłby to zrobić, no ale cóż... Na niektórych same Unowny nie wystarczą, niestety.
Jego "gość" już miał kontynuować biadolenie, kiedy zauważył coś nietypowego - Oskar nie siedział w swoim świętym fotelu. Jednak, tak jak zawsze, miał przy sobie wielką książkę, którą jeden z Unownów unosił przed nim za pomocą swoich psychicznych mocy, wskutek czego książkę otaczała różowa aura. Dwa inne Unowny unosiły inne książki czekające na swoją kolej do przejrzenia.
Taka okazja mogła się nie powtórzyć. Chłopak, zdawałoby się, niepostrzeżenie, podszedł na paluszkach do pustego fotela, by posadzić na nim swój kościsty zadek, ale samym swoim patetycznym wejściem zdradził swoją obecność, poza tym, w tym miejscu Oskarowi nic nie umknie. A szczególnie fakt, że ktoś próbuje sprofanować jego ulubiony mebel.
- Nawet nie próbuj - warknął Oskar, nie odrywając wzroku od stronic.
Mimo złowrogiego tonu ostrzeżenie zostało zignorowane i chłopak z chytrym uśmieszkiem ostentacyjnie wypiął się w stronę mięciutkiego siedzenia. Już prawie zatopił w nim własne siedzenie, gdy wnet jego pośladki zostały ostrzelone przez kilkanaście cienkich jak ołówek promieni i chłopak zdążył tylko krzyknąć, kiedy, zamiast do tyłu, poleciał do przodu i gdyby nie refleks i wysunięte do przodu ramiona, jego szczęka zaliczyłaby bolesne spotkanie z twardym podłożem, a zęby wystrzeliłyby z ust jak popcorn z mikrofali.
- Mówiłem, żebyś nie próbował - rzekł Oskar, nie kryjąc się z pełnym złośliwości i chłodu uśmiechem.
Jego rozmówcy wcale nie było do śmiechu. Wciąż z wypiętym i obolałym tyłkiem obejrzał się za siebie i zobaczył pozostałe Unowny będące na straży wielebnego fotela.
- Widzę, że wynajdujesz swoim protektorom coraz to ambitniejsze zajęcia - sarknął chłopak, próbując stanąć na nogi, co okazało się niełatwą czynnością. Póki co musiał z kwaśną miną przeczekać pierwszą, wielką falę bólu w pozycji OTL.
- Byłbym wdzięczny, gdybyś sprawdził stan swoich spodni - powiedział Oskar, gestem ręki każąc Unownowi zamknąć tom i odłożyć na swoje miejsce, po czym otworzyła się przed nim inna książka. - Nie życzę sobie, byś świecił przed Unownami swoją golizną.
Oskar prawie parsknął, kiedy przeważnie wymuskany i opanowany paniczyk zerwał się na równe nogi i spanikowany zaczął gapić się na swój tył, dla pewności łapiąc go obiema dłońmi. Na szczęście, Unowny nie zrobiły z jedwabnych spodni durszlaka i, jak szło się domyślić, wcale nie miały takiego zamiaru.
Oskar udał, że nie dostrzega przeszywającego go spojrzenia.
- Humor ci dopisuje, Oskarze - stwierdził czarnowłosy. Już zdążył dumnie się wyprostować, jakby całego zajścia w ogóle nie było. - Wprawdzie nie najwyższych lotów, ale w twoim przypadku lepszy rydz niż nic. Co się stało? Umarł ktoś?
Jednak po Oskarze już nie było znać wcześniejszej nuty rozbawienia. Brwi na powrót się zmarszczyły, a kąciki ust powędrowały w dół.
- Jeśli nie przyszedłeś w jakiejś konkretnej sprawie, to lepiej opuść to pomieszczenie. Chyba, że znowu chcesz się przede mną płaszczyć.
Wizja płaszczenia się, i to powtórnego, nie uśmiechała się chłopakowi ani odrobinę. Lekko urażony mierną gościnnością Oskara, prychnął i obrócił się na pięcie gotowy do wyjścia. Ale tak się składało, że tym razem faktycznie przyszedł w jakiejś konkretnej sprawie.
- Skoro tak zamierzasz mnie traktować, to nic tu po mnie. A ja z dobroci serca chciałem podzielić się z tobą garstką informacji, które uzyskałem dzięki liderowi sali oraz temu chłoptasiowi w czapce. Ale skoro nie chcesz...
Powoli odchodził i odliczał w myślach sekundy, już uśmiechając się z satysfakcją na wyobrażenie, jak zaintrygowany Oskar pyta: "Jakich informacji?". Jakże się przeliczył (a mówiąc ściślej, doliczył do trzydziestu trzech), kiedy okazało się, że poziom zainteresowania Oskara tym, co czarnowłosy ma mu do powiedzenia, był płytszy niż kałuża.
- Jeszcze tu jesteś? - Nie tego pytania oczekiwał.
Tym razem naburmuszył się na poważnie.
- Nie - mruknął. - Już mnie tu nie ma. Ani mnie, ani moich informacji, ani twoich odpowiedzi, których tak uparcie poszukujesz w tych księgach. Nie zamierzam dłużej znosić twojego chłodnego traktowania. Jeśli dalej zamierzasz traktować mnie z góry, a to, co mam ci do powiedzenia, obchodzi cię tyle, co zeszłoroczny śnieg, to żegnam cię ozięble.
Tym razem nie ociągał się i prężnym krokiem opuścił pomieszczenie. Oskar wreszcie mógł odetchnąć z ulgą. Ale nie na długo. Coś go tknęło i to tak mocno, jakby oberwał obuchem w głowę i jednocześnie przeszyto go włócznią.
Obejrzał się gwałtownie i, co zupełnie do niego nie pasowało, pognał jak szalony. Może jeszcze zdąży dogonić tego drania.
Wystrzelił na korytarz, ale po paniczyku ani widu, ani słychu. Prychnął zirytowany i tym razem swoim apatycznym krokiem wrócił do biblioteki.
- A jednak mnie słuchasz, Oskarze. Schlebia mi to niezmiernie.
Oskar stanął jak wryty, kiedy ujrzał czarnowłosego rozłożonego w jego boskim fotelu, z nogami przewieszonymi przez jedno z oparć.
- Zatem nie traćmy więcej czasu i zacznijmy od początku, dobrze?
Oskar uniósł dłoń.
- Tak. Od początku.
I drugi raz w ciągu kilku minut biblioteka w wymiarze Unownów miała szansę oglądać paniczyka w locie.

Odkąd Ber postanowił kontynuować swoje poszukiwania gdzie indziej, Silver odkrył, że w lesie panowała niepokojąca cisza. Jedyny dźwięk stanowiły szeleszczące liście poruszane delikatnym wiatrem. Z kolei brakowało odgłosów Pokemonów, już nie mówiąc o ich obecności. To był dobry znak dla Silvera; to oznaczało, że Pokemon, którego poszukiwał, zdążył już spłoszyć małych mieszkańców lasu, mimo, że nie pozostawił po sobie żadnych widocznych śladów, jak odciski łap w ziemi czy zniszczenia, jakich się dopuszczał.
Wtem Sneasel zatrzymał się i nastawił uszu, a wzrok utkwił w jakimś odległym punkcie przed sobą.
- Wyczułeś coś? - spytał Silver, dostrzegłszy zachowanie podopiecznego. Ten tylko kiwnął łebkiem, nie odrywając wzroku od punktu, i pobiegł najszybciej jak mógł. Wiedział, że jego pan za nim nadąży, więc nie zwalniał i nie oglądał się za siebie. Teraz najważniejsze było to, by nie stracić z oczu tego, co wypatrzył.
Tymczasem siedząca im na ogonie Dots miała trudniejsze zadanie. Musiała jednocześnie dotrzymać im tempa i pozostać niezauważoną. Bo kto wie, czy nagle nie skręcą i dojrzą ją kątem oka albo przystaną i dziewczyna wyląduje na plecach czerwonowłosego? Powstałaby niezręczna sytuacja, z której należałoby się wytłumaczyć. Lepiej sobie tego oszczędzić.
Ich szaleńczy bieg przerwał nagły huk. Ziemia się zatrzęsła i słychać było, jak w oddali Poke-ptaki z piskiem bądź krakaniem wyfrunęły z drzew. Dots błyskawicznie zanurkowała w krzakach. W samą porę, albowiem Silver i Sneasel, równie zaskoczeni, rozejrzeli się dookoła. Huk był tak potężny, że rozszedł się po sporym obszarze lasu i trudno było dokładnie określić, gdzie znajdowało się jego źródło. Udało się to dopiero po tym, jak pnie drzew złamały się z głośnym trzaskiem i upadły na ziemię.
- Tam - Silver bez cienia strachu ruszył we wskazanym kierunku, a Sneasel nie opuszczał go ani na krok. On z kolei się bał, ale nie o siebie. Dlatego wytężył oczy i uszy, by w razie zagrożenia bronić swojego pana.
Dots prędko wychynęła z ukrycia, żeby nie stracić chłopaka z oczu, i wtedy poczuła, jak coś ciągnie ją w dół. Okazało się, że jakiś mały, gruby ptak złapał dziobem rąbek jej spódnicy i rzucił jej ostre spojrzenie. Próbowała go odczepić, ale ptak zacisnął dziób niczym imadło i trzymał, jakby od tego zależało jego życie. Nie pozostawiał jej wyboru. Dots wyprostowała się i rozusnęła zamek przy boku spódnicy. Ptak w osłupieniu patrzył, jak dziewczyna zsuwa z siebie ubranie. Małymi skrzydełkami zasłonił sobie oczy i zaskrzeczał, tym samym rozluźniając uścisk. Dots wykorzystała to i uciekła, nasuwając spódnicę z powrotem.
Ptak zaraz zorientował się, że go wykiwano, ale mimo to nie ruszył się z miejsca, tak był wstrząśnięty.
- Skąd ona... Jak... Co...? - dukał, na przemian łapiąc się za głowę i machając skrzydełkami jak potłuczony. Otrząsnął się, jak dziewczyna zniknęła mu w zaroślach. Szybko wzbił się do lotu i ruszył za nią. Musiał ją powstrzymać. Nie miała bladego pojęcia, w jakie niszczycielskie łapy sama się pchała. Jeśli stanie z tym czymś twarzą w twarz...
- Nie. Nie dopuszczę do tego - poprzysiągł sobie ptak i jeszcze energiczniej zatrzepotał skrzydełkami.

Dla Bera powstała sytuacja nie była zanadto skomplikowana. Jakiś chłopak spadł z nieba, ale czy był sens dociekać, dlaczego tak się stało? Przecież i tak nic sensownego nie wymyśli. Zatem ukucnął przy chłopaku, żywym mimo upadku z całkiem wysoka.
- Hej, wszystko w porządku? - zapytał Ber. Instynktownie wyciągnął rękę, traktując chłopaka jak kogoś, komu należy pomóc. Na jego stoickiej twarzy pojawił się grymas zaskoczenia, kiedy palce przeniknęły mu przez ramię leżącego. Nie trwał jednak w tym zaskoczeniu zbyt długo.
- Aha - mruknął. - Więc ty musisz być Gold.
Na dźwięk swojego tymczasowego imienia chłopak wreszcie zaczął kontaktować. Wstrząśnięty upadkiem początkowo nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. Bo niby jak to jest, że duch może tak gwałtownie gruchnąć o ziemię? W sumie może to i dobrze, że nie przeniknął w głąb planety i nie zatrzymał się gdzieś w jej jądrze albo, co gorsza, przeleciał przez nią i pofrunął gdzieś w kosmos. Jak już miał być tym duchem, to wolał się trzymać znajomego gruntu.
Uniósł wzrok i zobaczył kogoś z dłonią w swoim ramieniu. Instynktownie odskoczył na sam widok.
- A ty coś za jeden i skąd mnie znasz?
- Jestem Ber i pomagam twojej koleżance, Hannie, cię szukać.
"Przynajmniej ten gość nie gada zagadkami i odpowiada konkretnie", pomyślał Gold.
- To nie jest żadna moja koleżanka - burknął Gold. - Ona i ta cała Mira to jakieś dziwaczki i traktują mnie jak królika doświadczalnego.
Brwi Bera znowu powędrowały w górę.
- Powiedziałeś "Mira"?
Podniósł się momentalnie, co w oczach Golda wyglądało tak, jakby nagle wyrosła przed nim góra.
- N-No... - wydusił, zmiażdżony tym wrażeniem.
- To ma sens - stwierdził Ber. Gold myślał wręcz przeciwnie. Dla niego to nie miało sensu. Od pewnego czasu nic nie miało sensu.
- Jak dla kogo - mruknął i przeczesał palcami czarną czuprynę. - Zaraz, gdzie moja czapka?
- No tak - powiedział Ber i zaczął się rozglądać. - Przecież miałeś być gościem w czapce. Dlatego coś mi tu nie pasowało.
- Serio? - zakpił Gold. - I tylko to ci nie pasuje? Nic więcej?
- O co ci chodzi? - spytał Ber.
- Jak to o co? Nie powiesz mi chyba, że widok ducha to dla ciebie normalka.
- No... Właściwie to tak.
Ber wypatrzył czapkę i ruszył w jej kierunku. Gold pokręcił głową. Może to taki świat, w którym duchy wędrujące po ziemi są na porządku dziennym, a on przez swoją utratę pamięci o tym zapomniał? W końcu skoro istnieją Pokemony duchy i ludzie mają tego świadomość, to ludzkie dusze wałesające się tu i ówdzie nie powinny być żadnym zaskoczeniem. Mimo to... Gold już zdążył zauważyć pewne różnice między nim a Pokemonami duchami. Jak choćby to, że widział w paru domach Pokemony duchy, a on sam nie potrafił wejść do żadnego budynku.
- Wiesz co - jego mysli przerwał Ber, kucający parę metrów dalej przy jego czapce. Próbował ją chwycić, ale i przez nią dłoń Bera przenikały. - Chyba będziesz musiał wziąć ją sam.
- Tak, tak - rzucił Gold i podniósł się, kiedy nagle ziemią zatrzęsło i Gold znowu upadł. nie, żeby trzęsienie zadziałało na ducha, ale było ono tak nagłe, że wystraszyło chłopaka i posłało z powrotem na grunt. Już nie wspominając o towarzyszącym mu głośnym huku.
Z kolei Bera nie było to w stanie powalić nawet z tak niestabilnej pozycji jak kucanie.
- Co to było?
W odczuciu Golda jego ton był zbyt obojętny jak na to, co się właśnie stało.
- Koniec świata? - palnął Gold, a potem to przemyślał i tym razem palnął, ale siebie w czoło.
Ale Ber wnet to podchwycił.
- Myślisz?
- Nie, nie! Zapomnij o tym. Najlepiej to po prostu sprawdzić.
- Racja - zgodził się Ber. Wtedy coś sobie uświadomił. - Przecież gdzieś tam był Silver i jego Sneasel!
Przejęty losem nowego znajomego popędził w las, zostawiając Golda z tyłu.
- Hej, czekaj na mnie! - zawołał za nim chłopak. Najpierw jednak pobiegł po swoją czapkę. Kiedy zakładał ją na głowę, usłyszał za soba trzask łamanych pni. Obejrzał się ze zgrozą.
- No jak mi ktoś powie, że to jego sprawka, to nawet w to uwierzę.
Podążył za Berem, przypominając sobie to, co mówił, zanim odbiegł.
- Silver...? Coś mi to mówi...

~*~

No tak gównianego rozdziału to chyba dawno nie było. Naprawdę, muszę przestać robić te (dwu)miesięczne przerwy, bo Poke Podróż na tym cierpi. A ja, nie dość, że nie mam słodyczy i chipsów, to jeszcze piszę na szybkiego, żeby poza te dwa miechy nie wykroczyć, jakby to były studia i terminy mnie goniły. Ale gdybym jeszcze później ruszyła z pisaniem, to kto wie, co to za masakra by wyszła...
No nic. Może Wam się rozdział spodoba ^3^
Blog przekroczył 20 tysięcy wyświetleń. Szaleni Wy xD A 99% wejść na bloga pewnie jest moich, więc nie ma się z czego cieszyć.