29. Jak długo...

Dopiero po przekręceniu klucza w zamku Hanna mogła w pełni się zrelaksować. Osunęła się po drzwiach i z nieukrywaną radością rozejrzała się po skromnym pokoiku w Centrum Pokemon. Odniosła wrażenie, że w tych czterech ścianach odnajdzie ulgę i ukojenie, przynajmniej na jakiś czas. W objęciach ściskała dwie papierowe torby wypełnione jej ulubionymi przekąskami. Po dzisiejszych przejściach uznała, że taka nagroda jej się należy. To nic, że taka ilość pustych kalorii nie nadawała się na obiad. Chciała się po prostu napchać aż po szyję i przespać do góry brzuchem resztę dnia. Oraz noc. I następnego dnia opuścić Azaleę, bo miała jej już po czubki uszu i jeszcze wyżej.
Zakupy nie obejmowały wyłącznie posiłku dla niej samej. Pomyślała również o swoich maluchach i, tak jak i sobie, nie żałowała im jedzenia. Szarpnęła się również na kilka buteleczek wzmacniających witamin z wyższej półki. Zdawać by się mogło, że taki zakupowy szał doprowadzi Hannę do ruiny finansowej. I słusznie. Hanna, mając w pamięci ilość posiadanych pieniędzy przed zakupami oraz trochę niższą od niej kwotę na paragonie, uznała, że musi wymyślić inny sposób na pocieszanie siebie po gorszym dniu, inaczej skończy jak ta przysłowiowa dziewczynka z wykałaczkami. A dzwonienie do mamy z prośbą o przysłanie środków na życie szybciej niż zazwyczaj byłoby tak samo owocne, jak osuszanie morza serwetką. Ostatnią deską ratunku dla Hanny mogły być dwa kamienie ewolucyjne spoczywające na dnie jej plecaka, gdyby nie to, że dziewczyna nie chciała się ich tak łatwo pozbywać. Pieniądze można zdobyć na wiele sposobów, a takie wyjątkowe kamienie nie rosną na drzewach. Tylko kiszą się pod tyłkami Gravelerów.
Jak raz nawiedziło ją wspomnienie o spotkaniu Gravelera w Jaskini Jedności. Poza zachowaniem typowego dla tego gatunku Pokemonów, czyli rozjeżdżanie każdego, kto mu podpadnie, Hanna nie zdążyła dobrze poznać tego szczególnego Gravelera. Nie miało to dla niej sensu. Odkąd tylko go złapała, wiedziała, że ten Pokemon nie pozostanie w jej drużynie. Dlaczego? Powód był prosty.
Niby z jakiej racji chciałaby trzymać przy sobie Pokemona, który próbował ją rozwalcować?!
Z drugiej strony liczyła, że Ber jakoś sobie z nim poradzi. W końcu obaj byli twardogłowi. Z pewnością znajdą wspólny język.
A propos Bera. Hanna właśnie sobie uświadomiła, że ten wielkolud wciąż pewnie tułał się Arceus wie gdzie i szukał Golda. Wtedy przypomniała sobie również o samym Goldzie. W obliczu jej własnych problemów ci dwaj zeszli na dalszy plan, lecz teraz zaczęła się zastanawiać, co się z nimi dzieje. Szczególnie ciekawiło ją, co z Goldem. Ber samym swoim wyglądem z pewnością pogoniłby niejednego dzikiego Pokemona, ale Gold to inna sprawa. Hanna nie miała pojęcia, co mogłoby się stać duchowi puszczonemu samopas i właśnie ta niewiedza ją niepokoiła. Z jakiegoś powodu czuła, że gdyby Goldowi coś się stało, to ona byłaby temu współwinna. Prawdopodobnie dlatego, że obiecała na niego uważać, a teraz siedzi zamknięta w czterech ścianach z torbą pustych kalorii na kolanach.
Nie, odezwał się stanowczy głos w jej głowie. Miałaś się tym nie przejmować. Skup się na sobie. Nie daj się wykorzystywać.
- Niby tak, ale... – odezwała się Hanna, jakby faktycznie z kimś rozmawiała. – W końcu obiecałam, no... Argh! Życie to dno!
Wstała i cisnęła zakupy na łóżko. Potem, jakby w przypływie poczucia winy, podniosła torby i ładnie je ustawiła tak, by się nie przewróciły. Już miała zacząć je rozpakowywać, kiedy znowu stanął przed nią obraz złotookiego. Jej twarz wykrzywiła się w grymasie, a zastygłe nad torbami dłonie zacisnęła w pięści.
- Nie – mówiła sobie, ale już z mniejszym przekonaniem. – Nie potrzebuję złota, nie jestem taka łasa. W zupełności wystarczy mi srebro.
Na wspomnienie innych oczu o szlachetnym kolorze wnet się rozmarzyła. Wtedy coś ją tknęło.
- Ale co on sobie o mnie pomyśli? Jeśli zostawię tak bliźniego w potrzebie... Do końca życia będę miała przed oczami nie moje Sreberko, a to rozwydrzone Złoto...
Na samą myśl o jej dalszym życiu wyglądającemu w ten sposób oczy rozszerzyły jej się z przerażenia. Nie mogła pozwolić na to, by sumienie wciskało jej w umysł obraz Golda po kres jej dni.
- Dobra – postanowiła, ale wcale nie była zadowolona. Zresztą, cokolwiek w tej sytuacji by zrobiła, była daleka od dobrego nastroju. – Pomogę fajfusowi. Ale na głodnego nie idę.
Po czym wydłubała z toreb paczkę chipsów tepigowych, zieloną bąboladę i butelkę Pocari Sweat. Na czarną godzinę capnęła jeszcze Pocky o smaku czarnego sezamu. Tak wyposażona wyruszyła na poszukiwania Golda. Ale jak tylko wyszła z Centrum, przystanęła, niepewna, w którą stronę powinna się udać.
- Hm, Ber poszedł tam.. Więc może ja pójdę w przeciwną...
Nie chciało jej się bezmyślnie tłuc po okolicy, dlatego też szukała w głowie jakiejś wskazówki, która pomogłaby jej odnaleźć Golda. Nie musiała daleko szukać.
Nie przypuszczałam jednak, że smarkacz posunie się do czegoś takiego, jak uwięzienie duszy w koszmarze – tak wcześniej powiedziała Mira.
Skierowała wzrok w kierunku prowadzącym do domu Bugsy’ego i westchnęła. Wyglądało na to, że przyjdzie jej jeszcze raz zobaczyć się z zarobaczonym liderem.

Jak długo...
Bugsy stał pod ścianą na drżących, wpatrzony przerażonym wzrokiem w białe przejście przefd sobą.
Nie mógł uciec.
Z przejścia wychynęła noga chłopaka. Tego samego, który od tygodni nawiedzał go w koszmarach. Nic dziwnego, że poznał go po samej nodze.
- Hej, ty! Wiem, kim jesteś i dlaczego ciągle śnisz ten koszmar! Ale już nie musisz się zadrę-
Bugsy krzyknął przeraźliwie. Trzęsące się nogi ostatecznie odmówiły dalszej współpracy i chłopak upadł na kolana. Złapał się za głowę, po czym zacisnął palce na włosach. Jedno mocne szarpnięcie wystarczyłoby, by w dłoniach pozostały fioletowe kępki włosów.
Jak długo...
Szarzejący chłopak z czarną mazią spływającą z oczu zbliżał się do niego. Na domiar złego z przejścia wyłoniły się Unowny i zawisły nad nimi jak widmo nieszczęścia.
Bugsy poczuł silny uścisk na ramionach.
- Przestań drzeć mordę! – krzyknął chłopak. - Facet jesteś czy dupa wołowa?!
Zdawałoby się, że Bugsy zamilkł, by udowodnić, że jednak nie jest dupą wołową i jakieś ochłapy męstwa mimo wszystko w nim tkwiły. Ale nie dlatego to zrobił. No, nie tylko dlatego.  Przybliżające się Unowny zatrzymały krzyk w jego gardle. Nie mógł oderwać od nich wzroku, nawet trzymający go za ramiona chłopak nie był w stanie tego zrobić. Do czasu. Uścisk chłopaka stał się jeszcze mocniejszy, a krzyki jeszcze głośniejsze. Jego oczy już całkowicie zaszły czernią. Czy tę istotę przed sobą nadal mógł nazywać człowiekiem? Z szarą, gnijącą skórą, ociekającą czarną substancją, trzeszczącym głosem przypominał bardziej jakiegoś demona albo zombiaka z kiepskiego horroru.
- Patrz na mnie, jak do ciebie mówię! Odrąbałeś mi ręce w rzeczywistości, ale właśnie to mnie uratowało! Gdybyś tego nie zrobił, rozpadłbym się całkowicie! Dlatego przestań się obwiniać! Ja wciąż żyję! Ty też, więc rusz się i zakończ to! To w końcu twój koszmar!
Do otępiałego strasznymi widokami Bugsy’ego ledwo docierało to, co wykrzykiwał chłopak. Tym bardziej, że Unowny zaczęły ciągnąć ku przejściu wprawdzie nie jego, lecz samego chłopaka, ale ten nie zamierzał puścić, więc siłą rzeczy obaj pojechali po podłodze w stronę białego koła.
Jak długo...
Bugsy instynktownie próbował się wyswobodzić. Wiedział już jednak, że sam temu nie podoła, więc postanowił wezwać posiłki. Udało mu się wydobyć z kieszeni Great Ball i zmaterializować swojego wiernego podopiecznego, Scythera.
Jak długo...
- Cięcie! – krzyknął. Wstąpiła w niego nowa siła. Mając u swojego boku Pokemona, będącego jednocześnie silnym wojownikiem i oddanym przyjacielem, poczuł się bezpieczniej i pewniej. Zdobył się nawet na odwagę, by spojrzeć w czarne oczodoły chłopaka. Jednak nie patrzył już w nie z obawą czy paniką. Zmarszczył brwi, a jego twarz wyrażała zaciętość i waleczność. To było wyzywające spojrzenie. Częstował nim swoich przeciwników, którzy przychodzili do sali w Azalei walczyć o jego odznakę. Wtedy to zastępował swój wizerunek niewinnego, dobrodusznego chłopca na oblicze nieustępliwego, pełnego werwy i pasji wojownika, mistrza Pokemonów-robaków, o których posiadał zarówno sporą wiedzę książkową, jak i praktyczną, w walce. Niejeden trener przyznawał po pojedynku, wygranym czy przegranym, że niewłaściwie ocenili Bugsy’ego albo że go zwyczajnie nie docenili. Zrozumieli wtedy, że łagodny sposób bycia Bugsy’ego nie przekładał się na jego postępowanie w trakcie walki, kiedy to nie dawał swoim przeciwnikom taryfy ulgowej. Nie znaczyło to, że nagle z grzecznego chłopczyka zmieniał się w bezwzględnego sadystę. Po prostu wydobywał ze swoich Pokemonów to, co najlepsze, a w każdą walkę angażował się całym sercem i umysłem. Nikogo nie bagatelizował ani nikogo nie wywyższał ponad innych. Walczył z pasją i cieszył się walkami bez względu na ich wynik.
Jednak nie zawsze tak było.
Scyther wystawił ostrza i ruszył do ataku.
Tym razem to na szaro-czarnej twarzy zagościł strach. Ale Bugsy nie zamierzał odpuścić. Dość już wycierpiał. Nie zasługiwał na takie katusze. Będzie walczył z tym koszmarem tak długo, jak będzie trzeba. W końcu uda mu się go przezwyciężyć.
Jak długo...
- Przestań! – krzyknął chłopak. – Walcz z tym!
Jak długo...
Bugsy zgrzytnął zębami. A niby co właśnie robił?!
Jak długo...
Białe światło z przejścia odbiło się w ostrzach Scythera, kiedy ten uniósł ramiona gotowy do wykonania Cięcia.
Bugsy zacisnął dłonie w pięści. Dość miał Unownów, dość tego miejsca, dość tego chłopaka.
Dość!
- Do jasnej cholery!
Jak długo zamierzasz mnie prześladować?!
- Jak długo mam czekać, zanim zaczniesz walczyć, Bugsy?!
To on miał krzyknąć. To on miał wyrazić swoje stłamszone strachem niezadowolenie. To jego słowa miały wstrząsnąć tym miejscem. Zatem dlaczego...?
I dlaczego Scyther atakował nie chłopaka, tylko Unowny?
Bugsy wgapiał się w niego z rozchylonymi ustami i vice versa, jeśli „patrzenie” czarnymi oczodołami można faktycznie nazwać patrzeniem. Nastąpiła martwa cisza, kiedy ostatni Unown został skoszony i jego połówki z głuchym plaśnięciem upadły na grunt. Bugsy uświadomił sobie, że zarówno on, jak i chłopak, ciężko oddychają. Ta pokręcona sytuacja musiała być równie trudna dla ich obu. Bugsy’emu zrobiło się głupio, że przestawał w nim dostrzegać człowieka. Cokolwiek się z nim działo, z pewnością się o to nie prosił. Bo kto by chciał wyglądać tak paskudnie na własne życzenie?
Poczuł, jak ktoś nim potrząsa. To Scyther, który, skończywszy sieczkę, przyfrunął prędko do swojego pana, by sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Bugsy chciał mu powiedzieć, że nic mu nie jest, i pogłaskać go uspokajająco, ale nie mógł zdobyć się nawet na ten drobny gest. Opierał się o ziemię, patrząc tępo na swoje dłonie.
- Hej, wszystko gra?
Chłopak nawet, jak nie krzyczał, to jego głos się niósł.
- Nieźle mnie wystraszyłeś, wiesz? Jeszcze chwila i pewnie sam bym skończył jak te placki.
Kto tu kogo wystraszył?, pomyślał Bugsy, ale nic nie powiedział. Znowu zaczęło dziać się coś dziwnego. Przepołowione Unowny zaświeciły białym światłem, uniosły się i zaczęły wlatywać do przejścia. Bugsy i Scyther również robili się jaśniejsi.
- Znowu coś? – padło pytanie ze strony chłopaka. Wtedy Bugsy podniósł wzrok i oniemiał. Jego też zaczęło pokrywać światło, w dodatku jakaś siła ciągnęła go z powrotem do przejścia. Ale to nie był powód, dla którego Bugsy nie mógł oderwać od niego wzroku.
Jego skóra wróciła do normalności. Czarna maź spłynęła całkowicie, odsłaniając pełne życia oczy. Z nietypowymi, ale ładnymi, złotymi tęczówkami.
Pamiętał je. Pamiętał te oczy, które patrzyły na niego ze zniecierpliwieniem i determinacją. Ta energiczna, pewna siebie postawa, której niegdyś sam nie posiadał i tak mu jej wtedy zazdrościł. No i te słowa, dokładnie takie same słowa, które pchnęły go mocno do działania. Do zmiany swojego podejścia do walk, do samego siebie. A skoro mowa o walkach... To właśnie tę walkę traktował jako jedną z najbardziej wartościowych w swojej karierze. Jakże mógłby ją zapomnieć? Nie mógłby. Tak samo nie zapomniałby swojego przeciwnika w tej walce. Przeciwnika, który znajdował się tuż przed nim.
Zatem to jego tak wtedy skrzywdził w Ruinach Alfa. To on później nawiedział go w koszmarach, szukając zemsty za to, co Bugsy mu zrobił. Lider był o tym przekonany. Ale przypomniał sobie jego słowa. Co on wtedy krzyczał? „Odrąbałeś mi ręce w rzeczywistości, ale właśnie to mnie uratowało!”? Jak coś takiego mogło go uratować? To nie miało żadnego sensu! Z drugiej strony, chłopak najwyraźniej przybył tu, żeby pomóc Bugsy’emu. Żeby lider przestał obwiniać się o to, co się stało, i odzyskał spokój.
Po raz pierwszy, odkąd chłopak zaczął pojawiać się w jego snach, Bugsy pomyślał o tym, by uratować nie siebie, a jego. W tamtej chwili jego własne bezpieczeństwo zeszło na dalszy plan i całą uwagę skupił na złotookim. Białe światło już niemal całkiem go pochłonęło.
Wyciągnął rękę i zawołał go po imieniu, ale chłopak już zniknął. Ręka, którą wyciągnął, także została w pełni pokryta bielą. Bugsy nie miał pojęcia, co się dzieje. Obejrzał się na Scythera, ale zastał wyłącznie biel. Wystraszył się, bowiem dosłownie wszystko wokół niego, łącznie z nim samym, zaczęło znikać, pozostawiając wypełnioną pustką i ciszą biel. Jeszcze nigdy przedtem nie miał takiego snu. Nie miał pojęcia, co się dalej wydarzy. Ta niewiedza przeraziła go najbardziej. Chciał to jak najszybciej przerwać. Zacisnął powieki, by oślepiająca biel przestała wdzierać mu się do oczu i żeby rozpędzić ciszę, spróbował znowu krzyknąć. Tym razem mu się udało. Krzyknął najgłośniej, jak potrafił, aż rozbolało go gardło.
Mając w uszach dźwięk własnego krzyku, wyłapał coś jeszcze. Również krzyk. Nie miał pojęcia, do kogo należał, ale był on jeszcze głośniejszy i bezsprzecznie bardziej przeraźliwy niż jego własny, co wstrząsnęło Bugsym jak kubeł zimnej wody. Lider otworzył oczy i zobaczył nie biel, a błękit. Błękit sufitu we własnej sypialni.
Obudził się. W swoim łóżku, w swoim domu, całkiem bezpieczny. Taką miał nadzieję.
Gdzieś w pobliżu rozległ się łoskot. Odruchy Bugsy’ego, wciąż oszołomionego i zmieszanego, mimo wszystko działay jak należy, więc po usłyszeniu hałasu lider mimowolnie powędrował wzrokiem w stronę jego źródła. Wtedy zastała go kolejna niespodzianka. Nieznana mu dziewczyna siedziała okrakiem na podłodze, z rozszerzonymi ze strachu oczami. Bugsy zamrugał niepewnie, jakby chcąc tym strzepać z oczu resztki snu. Może jednak jeszcze nie do końca się obudził?
Podczas jego intensywnego mrugania, wybałuszone oczy dziewczyny zwęziły się groźnie, ona sama zaś prędko stanęła na równe nogi i warknęła jak dzika Mightyena. Bugsy znowu zaczął się obawiać.
- Co to, kurna, miało znaczyć?! Czego się drzesz jak opętany?! Gorącymi prętami cię przypalają czy jak?! Omal na zawał nie odjechałam! Weź idź się lecz!
W tamtej chwili Bugsy pomyślał sobie, czy aby jego koszmar nie zamienił się w sen na jawie. Tego by już było za wiele.

~*~

No i mamy okrąglutkie dwa miechy od ostatniego rozdziału. Ja i moja słowność, że rozdziały będą pojawiały się częściej... Lepiej pomińmy ten temat.
Powolutku ogarniam stronę „Postaci”. Bugsy otrzymał swój motyw muzyczny i gdzieniegdzie zaszły niewielkie zmiany w opisach. Może pewnego pięknego dnia, kiedy zainwestuję w tablet i odpowiedni program (albo chociaż centymetr chęci i silnej woli), to powstawiam wizerunki postaci własnej roboty. Chyba, że ktoś chciałby mnie w tym wyręczyć, to chętnie się zgodzę xD